Płać i ratuj

Zainspirowany przykładem mojej żony, od kilku lat honorowo oddaję krew. Nie robię z tego wielkiego halo, za to krytycznie patrzę na „zachęty” czynione przez państwo w tym zakresie.
Cała promocja krwiodawstwa to dęcie w grubą rurę: ratowanie innych, odwoływanie się do uczuć wyższych, wskazywanie na poczucie wspólnoty. Zwłaszcza teraz, w dobie pandemii, kiedy osocze jest na wagę życia.
No i teraz moja sytuacja: ponad miesiąc temu chorowałem – może to była grypa, może covid. Mogłem pozwolić sobie na samoizolację. Przez dwa tygodnie nie kontaktowałem się bezpośrednio ze światem, brałem leki na obniżenie temperatury i przetrzymałem. Teraz jest ok. Jeśli to była grypa, to nic się nie zmieniło, ale jeśli to był covid, to mam przeciwciała – a więc drogocenne osocze. No i wczoraj dowiedziałem się, że jeśli chcę je oddać, to muszę przedstawić wynik testu na przeciwciała. Ale aby zrobić ten test, to muszę za niego zapłacić.
Kurwa, ludzie – o co tu chodzi? Złamanego grosza nie dostałem za litry oddanej krwi, a teraz, kiedy chciałbym oddać ozdrowieńcze osocze – państwo każe mi płacić? Zwłaszcza, że przy każdej donacji moja krew badana jest bezpłatnie na obecność HIV, kiły, wirusa zapalenia wątroby i czort wie czego jeszcze?

Chwilami czuję się jak krowa – nie ta, co dużo ryczy i mało mleka daje, ale ta, która uwiązana, dojona jest na wszelkie sposoby.

udostępnij...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *